Czy można mieć matki na wiosnę? ciąg dalszy

    fot. Jerzy Tombacher
Do przechowywania matek na wiosnę nie są konieczne ani uliki o specjalnej konstrukcji, ani korpusy z niską ramką. Ten sam efekt można osiągnąć w tradycyjnych ulach. Mało tego, poprzez odpowiednie zabiegi możemy mieć własne unasiennione matki także jesienią. I to na własnym trutowisku.

 

Rozdział 1.3
W rozdziałach 1.1 i 1.2 opisane zostały techniki taniego przechowywania matek przez zimę. Podstawowym tego warunkiem było posiadanie specjalnych ulików. Niewielu pszczelarzy dysponuje takim sprzętem. Czy zatem są oni pozbawieni możliwości posiadania zapasowych matek na wiosnę? To niezupełnie prawda. W każdym typie ula można przecież produkować dodatkowe matki przed zimą. Jedynym mankamentem zastosowania większej ramki jest pozostawienie rodzinkom zapasowym więcej pokarmu, czyli wyższy koszt przetrzymania jednej matki. Spróbujmy przedstawić możliwości techniczne zimowania matek zapasowych w różnych typach uli z założeniem minimalizacji kosztów. Zaczniemy od ula Wielkopolskiego 10-ramkowego.
W korpusie tego ula instalujemy trzy szczelne przegrody (rys. 1). Między nimi powstaną cztery komory mieszczące po dwie ramki gniazdowe. Do tego dorabiamy lub adaptujemy specjalną dennicę (patrz rozdział 1.2), tak aby cztery wylotki umożliwiły pszczołom wychodzenie. To samo robimy z powałką. Jest ona złożona z czterech niezależnych części. Musi posiadać otwory na podkarmiaczki – słoiki. Słoiki osłaniamy przed rabunkiem i deszczem dodatkowym korpusem i daszkiem. Rodzinki zakładamy jak w rozdziale 1.2, z tym że dajemy pół ramki czerwia krytego i ramkę suszu oraz 0,8 ramki pszczół jeżeli uliki wywieziemy, a bez wywozu 1,5 ramki. Połowa pszczół wróci do uli macierzystych. Matki w ciągu sezonu wykorzystujemy dla potrzeb pasieki. Kiedy chcemy zazimować, to ostatnie z nich zostawiamy. W sierpniu sprawdzamy wielkość rodzinek. Jeżeli w poszczególnych komorach jest od 1,5 do 2 ramek pszczół obsiadających „na czarno”, to wystarczy na zimę. Jeżeli mniej, to zasilamy je czerwiem z rodzin produkcyjnych. Karmimy w sierpniu i na początku września tak, aby 3 powierzchni ramek było zasklepione. Sprawdzamy pod koniec września. W przypadku mniejszej ilości pokarmu ramki takie należy usunąć i włożyć odpowiednie z rodzin produkcyjnych. Przed zimą górę dobrze okrywamy, na przykład w pusty korpus wkładamy worek z sieczką (luźną). Ulik w normalnej pozycji zostaje na toczku. Można go przenieść w czasie zimy z myślą o połączeniu na wiosnę z jakąś rodziną. I tu ciekawostka. Jeżeli wszystkie rodzinki dobrze przezimowały, to zabieramy trzy matki. Czwartą wkładamy do klatki, wyjmujemy przegrody i stosując znane zasady łączenia, mamy rodzinę produkcyjną.

    fot. Jerzy Tombacher
Gorzej jest z ulami Langstrotha i Ostrowskiej. Opisana wyżej technika dotycząca ula Wielkopolskiego tutaj zawodzi. Można uciekać się do techniki opisanej w rozdziale 1.2, ale tylko w zakresie przygotowania rodzinek do zimy, ewentualne do obrócenia uli, ale pojedynczo. Ustawienie w bloku nie jest tak efektywne jak w ulach systemu Apipol. Można się ratować przez umieszczenie rodzinek w pomieszczeniu nieogrzewanym jak opisane zostało w rozdziale 1.1.
Czy można przetrzymać przez zimę matki w ulach Warszawskich czy Dadanta. Można, choć są one do tego najmniej przystosowane. Ul posiada zabudowę zimną. Ściana boczna, przy której możemy zazimować tylko jedną matkę zapasową, jest ocieplona i posiada wylotek. Tam zakładamy w lecie rodzinkę z zapasową matką. Na zimę zostawiamy 2-3 ramki i intensywnie karmimy. Uwaga: zatwór przy zapasowej rodzinie musi być bardzo szczelny – nie może wyjść żadna pszczoła. Jeżeli pozwalają oczka głównej rodziny, wówczas przesuwamy ją przed zimą do zatworu rodziny pomocniczej. Jeżeli oczka są za daleko, wtedy przy zatworze rodzinki zapasowej stawiamy jedną lub dwie maty, następnie jeszcze jeden zatwór i rodzinę główną. Na wiosnę zapasową matkę wyjmujemy, a rodzinkę dołączamy do głównej.
Kończąc opis technik przygotowania do zimowli rodzinek z zapasowymi matkami, dobrze będzie poinformować mniej doświadczonych pszczelarzy o zagrożeniach, z jakimi mogą się spotkać przy realizacji swoich planów. Głównym, narastającym szczególnie kiedy zbliża się jesień, są rabunki. Pierwszą okazją do tego jest czas zakładania rodzinek. Jeżeli zakładamy rodziny weselne na toczku, gdzie są rodziny produkcyjne, to po odlocie starej pszczoły są one bezbronne. Ratunkiem w tym przypadku jest wziątek, czyli dobrze by było nie zakładać ulików w czasie bezpożytkowym. Wyjściem z tego zagrożenia jest wywóz ulików choćby na dwa tygodnie. Potem może nastąpić ich powrót. Zagrożenie rabunkiem istnieje prawie zawsze. Należy zachować ostrożność przy karmieniu rodzinek. Zawsze karmić pod wieczór i nie pochlapać ulików. Korzystnie jest podawać ciasto miodowo-cukrowe, gdyż rabusie praktycznie go nie wynoszą. Oczka powinny być regulowane i przymknięte tak, aby pszczoły panowały nad sytuacją. Znacząca też jest wielkość samych rodzinek. Im większa rodzinka, tym łatwiej się obroni.
Innym zagrożeniem są „rójki”, a dokładniej ucieczki całych rodzinek z już czerwiącą matką. Można przyjąć, że są one charakterystyczne dla małych ulików. Przeciwdziała temu zjawisku perspektywa pracy rodzinki, a więc jedna rameczka z węzą, wziątek naturalny lub konieczność przerabiania ciasta miodowo-cukrowego. Ponadto gwarancją zatrzymania takiej „rójki” jest krata odgrodowa umieszczona w werandzie. Kratę wkładamy, gdy matka zaczyna czerwić.
Część II
W poprzednich częściach tego artykułu przedstawione zostały jak najtańsze techniki przetrzymywania matek pszczelich przez zimę, a we wstępie pojawiła się zapowiedź uruchomienia naprawdę wczesnego wychowu matek pszczelich. Dla celów niniejszego artykułu, jakby wbrew sobie, przyspieszyliśmy wiosnę, co zresztą ma odzwierciedlenie w świadomości wielu pszczelarzy. Jest to w pewnym sensie prowokowanie natury, ale natura jest między innymi po to, żeby ją rozsądnie wykorzystywać. Sezon wychowu matek w Polsce jest krótki – od początku maja do połowy lipca. Praktycznie u hodowców można otrzymać je tylko w ciągu dwóch miesięcy. W tej sytuacji każde wydłużenie sezonu produkcji matek ma istotne znaczenie dla gospodarki pasiecznej.
Na początek zgodnie z tytułem zajmijmy się wiosną. Wczesne, czerwiące matki pojawiają się na przełomie maja i czerwca i jest ich jak na lekarstwo. Potrzebne są one nie tyko do wymiany matek mniej sprawnych, ale przede wszystkim do zwalczania nastroju rojowego i robienia nowych odkładów. Wprowadzenie młodej matki czerwiącej do rodziny produkcyjnej, która ma zamiar się roić, zdecydowanie przerywa te zapędy. Najlepiej byłoby mieć młode, czerwiące matki już w połowie maja. Dotychczasowa praktyka nie spełnia tej potrzeby. Czy w takim razie jest o czym mówić? Zdecydowanie tak.
Jeden z warszawskich seniorów pszczelarstwa – Kazimierz Kowalski – początkowo prowadził pasiekę na terenie województwa olsztyńskiego. Ze względu na klimat wiosenny rozwój pszczół jest tam opóźniony w stosunku do stolicy co najmniej o 10 dni. Miał on zatem typowy problem rójek po rzepaku. Dedukował, że gdyby miał matki młode, czerwiące w połowie maja, nie byłoby tego problemu, a dalszy ciąg sezonu sprowadzałby się do bezstresowej obsługi pasieki.. Odświeżył sobie odpowiednie wiadomości z literatury i przygotował harmonogram realizacji swoich zamierzeń. Okazało się, że nie ma ograniczenia co do terminu wylęgu matek, choć będą trudności. Jest natomiast bariera nie do pokonania w zakresie wychowu dojrzałych trutni na termin powiedzmy 10 maja. Przypomnijmy. Truteń od jaja do wylęgu potrzebuje 24 dni. Dojrzałość płciową osiąga po 8 dniach, szczyt popędu po 16 dniach. Licząc pobieżnie, matki powinny złożyć odpowiednią ilość jaj na trutnie między 1 a 10 kwietnia. To się nie zdarza, szczególnie w olsztyńskim. Kowalski w pierwszym roku przygotował na zimę 4 rodziny z matkami trutowymi. Oczywiście zasilił je czerwiem z innych rodzin i zrobił, co należało. Na wiosnę po oblocie również zasilał czerwiem rodziny z matkami trutowymi. Trutnie pojawiły się już przy pierwszym oblocie. Oczywiście rodziny te pielęgnował szczególnie. Postawmy sobie pytanie, ile trzeba dojrzałych trutni do dobrego unasiennienia matek? Na trutowisku musi latać ich co najmniej 2000, ideałem byłoby ponad 4000. Oznacza to, że średnio w każdej z 4 rodzin powinno być co najmniej po 1000 dojrzałych trutni. Było ich podobno znacznie więcej, więc problem strony ojcowskiej został rozwiązany. Pozostawał łatwiejszy – „mateczny”. W roku poprzednim zostały wytypowane dobre rodziny do wychowu matek. Rodziny te zestawił parami w czasie zimy.
Na wiosnę, zaraz po oblocie, otoczył je szczególną opieką, karmił pyłkiem i miodem itp. Na miesiąc przed terminem, kiedy chciał mieć matki czerwiące, a więc w połowie kwietnia, każdą parę osierocił i połączył oraz poddał zaczątki mateczników do wychowu matek. Oczywiście rodziny były w dalszym ciągu starannie pielęgnowane, zasilane miodem, pyłkiem itp. Wylęg matek następował w terminie zakładania ulików weselnych, około 1 maja i jak dobrze poszło, matki rozpoczynały czerwienie w połowie maja. Co znaczy „jak dobrze poszło”? Otóż jest pewne zagrożenie. Chodzi o pogodę. Trzeba starać się zdążyć przed „zimnymi ogrodnikami” (12-14 maja). Oczywiście, że zależy nam tylko na dobrej pogodzie w czasie unasienniania, bo jeżeli po nim przyjdzie ochłodzenie, to matkom nie przeszkadza. Spokojnie dojrzewają w ulikach weselnych i po tygodniu zaczynają czerwić. Zła pogoda nie tylko może opóźnić unasiennianie matek, ale też niekorzystnie wpływa na zdrowotność trutni. Otóż truteń jest bardziej podatny na przeziębienie niż matka. Grozi mu stan zapalny nasienia. Wystarczy, że jeden z trutni, który się spotkał się z daną matką był zaziębiony, a ona zginie. Z tego wynika, że zależnie od pogody możemy mieć mniej matek unasiennionych niż na przykład w środku lata. Według obserwacji wspomnianego pszczelarza w tym czasie z poddawanych do ulików weselnych matek rozpoczynało się czerwienie około połowy. W środku lata przy dobrej pogodzie udaje się to dwóm trzecim matek. Ale bywają też w lecie okresy, że rozpoczyna czerwienie 30%. Dlatego połowa matek to, jak na okres wczesnowiosenny, jest wynikiem bardzo dobrym. Oczywiście trzeba przypomnieć, że po 7-10 dniach sprawdzamy obecność matek w ulikach, a w przypadku braku natychmiast uzupełniamy luki, bo przecież nie przerywamy procesu ich produkcji.
Dodajmy też, że w ulach produkcyjnych nastrój rojowy nie powstaje równocześnie. Czyli pierwsze matki poddajemy do tych rodzin, gdzie jest pilna potrzeba, a następnie według określonej kolejności. Postępując w ten sposób, po odpowiednim przygotowaniu, możemy spokojnie wymienić matki na młode przed 1 czerwca. Taka coroczna wymiana gwarantuje dynamikę rodzin oraz przekreśla problem rójek, czyli daje nam wielką oszczędność pracy i zwiększone zbiory. Zauważmy, że ta dodatkowa praca, czyli przygotowanie trutówek i wczesny wychów matek, odbywa się w okresie małego nasilenia prac w pasiece. Dlatego zyski z takiego rozwiązania są bardzo kuszące. Na zakończenie można wspomnieć, że pan Kazimierz lubił sobie nieraz zażartować z pszczelarzy, którzy narzekali na nadmiar rójek. Mówił tak: Jeżeli macie gdzieś rójki, to mnie zawołajcie. To ładny widok, bo w swojej pasiece tego oglądać nie mogę.
ciąg dalszy artykułu w Pasiece 3/2006

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s