Wielkie koncerny chemiczne, BASF, Bayer i Syngenta, zaskarżyły do sądu decyzję Komisji Europejskiej i żądają zniesienia zakazu stosowania groźnych dla pszczół pestycydów.

W 2013 roku KE wprowadziła czasowy zakaz stosowania pestycydów z grupy neonikotynoidów (klotianidyny, imidachloprydu i tiametoksamu), które zdaniem niektórych naukowców przyczyniają się do drastycznego ograniczenia populacji pszczół na świecie. Wszedł on w życie w styczniu 2014 i ma obowiązywać dwa lata – do stycznia 2016 roku. Komisja zleciła też koncernom, takim jak Bayer, Syngenta i BASF, prowadzenie badań nad wpływem produkowanych przez nich produktów na pszczoły. Decyzja KE budzi wielkie emocje.

Szkodliwe nie tylko dla pszczół

Organizacje ekologiczne i hodowcy pszczół uważają ją za zbyt liberalną. Ich zdaniem na liście powinno się znaleźć znacznie więcej  produktów zawierających szkodliwe substancje, a zakaz powinien być bezterminowy.

Największy powód do niepokoju mają kraje Europy Zachodniej, gdzie w minionych kilku latach doszło do wytrucia dziesiątek tysięcy rodzin pszczelich w pasiekach (w Niemczech i we Francji). Pszczelarze z tych krajów wygrali przed krajowymi sądami postępowania odszkodowawcze wytoczone koncernom chemicznym produkującym środki ochrony roślin zawierające neonikotynoidy.

Co więcej, wielu badaczy twierdzi, że pestycydy mogą zagrażać nie tylko zdrowiu i życiu pszczół, ale też ludzi. Z raportu przygotowanego dla Komisji Europejskiej wynika, że środki ochrony roślin, przedostając się gleby i wód gruntowych, zwiększają ryzyko zachorowania na raka, a także powodują nieodwracalne zmiany w gospodarce hormonalnej człowieka. Efekt? Obniżenie ilości plemników czy wady rozwojowe narządów płciowych.

„Decyzja nieuzasadniona i nieproporcjonalna”

Z kolei lobby chemiczne twierdzi, że zakaz nie jest wystarczająco umotywowany naukowo. Że brakuje przekonujących danych, które potwierdzałyby zgubny wpływ środków ochrony roślin na zdrowie i życie pszczół. „Owady te mogą przecież ginąć od chorób, wirusów, utraty naturalnych siedlisk czy braku pożywienia” – czytamy w oświadczeniu firmy Syngenta.

Bayer napisał natomiast, że decyzja Komisji jest „nieuzasadniona, nieproporcjonalna i wykracza poza istniejące ramy prawne”.

W związku z tym BASF, Bayer i Syngenta postanowiły zaskarżyć wspólnie decyzję KE do unijnego sądu. Domagają się zniesienia zakazu. Protest wielkich koncertów jest zrozumiały, gdy weźmie się pod uwagę, że kwestionowane przez KE środki ochrony roślin stanowią ok. 40 proc. europejskiego rynku wartego 8-9 miliardów euro.

Za producentami pestycydów mocno stoją też wielkotowarowe farmy rolnicze, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Ich właściciele przestrzegają przed społecznymi i gospodarczymi skutkami zakazu. Np. National Farmers Union alarmuje, że wycofanie środków ochrony roślin może kosztować branżę rolniczą Wielkiej Brytanii do 40 tys. miejsc pracy i spadek zysków sektora rolniczego o 36 proc.

Wielka Brytania, podobnie jak Niemcy i dwa inne państwa UE, w trakcie głosowania nad zakazem wstrzymała się od głosu. Za zakazem głosowało piętnaście państw (m.in . Francja, Włochy, Hiszpania, Belgia, Holandia oraz Polska). Przeciwko było osiem.

Warto przypomnieć, że przed wprowadzeniem zakazu w Polsce do obrotu dopuszczonych było trzynaście środków ochrony roślin zawierających imidachlopryd, cztery – klotianidynę i cztery – tiametoksam. Od 2014 roku nie ma ich w sprzedaży.

TTIP osłabi pozycję rządów?

Nie da się ukryć, że producenci środków ochrony roślin tracą w wyniku zakazu KE i zrobią wszystko, żeby podważyć zasadność jego przedłużenia. Niewykluczone też, że niektóre z nich ograniczą produkcję w UE. Zwłaszcza gdy powstanie strefa wolnego handlu pomiędzy UE a USA (TTIP). Utrzymywanie wielkich fabryk w Europie stanie się po prostu mniej opłacalne. W Ameryce koszty energii i administracji są znacznie niższe i co najważniejsze, wszystko się sprzeda.

Podpisanie TTIP może mieć też jeszcze jedną konsekwencję: jeszcze bardziej osłabi autorytet legislacyjny poszczególnych państw, a nawet KE. Da bowiem możliwość pozywania rządów  narodowych przez wielkie korporacje, gdy te stwierdzą, że ich interesy są zagrożone. Będą one mogły odwołać się od decyzji parlamentu narodowego czy nawet europejskiego do ponadnarodowych ciał arbitrażowych (np. takich jak Trybunał Europejski).

Co gorsza, jak twierdzi Gavin McFarlane, brytyjski prawnik i autor wielu książek, rządy będą te sprawy przegrywać, ponieważ są biedniejsze i często mniej zdeterminowane niż korporacje, które w wyniku regulacji tracą miliardy dolarów. Żeby tego uniknąć, są w stanie zatrudnić sztaby prawników potrafiących znaleźć lukę w prawie.

Koszty takich procesów są dla rządów bolesne. Dlatego niewykluczone, że politycy nie będą chcieli bronić interesów społecznych (np. zdrowia pszczół a nawet ludzi), jeśli ma to doprowadzić do wojny z wielką grupą kapitałową.

To oczywiście czarny scenariusz, ale mechanizm pozwalający na pozywanie rządów poszczególnych krajów przez kapitał działa już od lat 90. i nazywa się „investor-state dispute settlement” (ISDS). Zapisy o ISDS są dziś w każdej ważniejszej bilateralnej umowie handlowej czy inwestycyjnej. Mechanizmy te do tej pory służyły jednak głównie do ochrony inwestorów z krajów wysoko rozwiniętych lokujących swoje zasoby w państwach o mniej stabilnym systemie prawnym. ISDS najczęściej miał np. zapobiegać wywłaszczeniu inwestora. Ale gdy połączą się dwie największe gospodarki, czyli EU i USA, jego zastosowanie może się zmienić.

About lsajdak

Pszczelarsto to moja pasja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s